Wstecz

Ostatnia sprawa Clyde Umney'a
Stephen King


Rozdział III. O malarzach i pesos

Zapach świeżej farby uderzył mnie w nozdrza, tłumiąc zapach papierosów Vernona i potu spod pach Billa Tuggle'a. Mężczyźni w kombinezonach pracowali teraz niedaleko drzwi wiodących do mego biura. Podłogę dokładnie zakryto brezentem, na którym poniewierały się narzędzia pracy - puszki z farbą, pędzle, pojemniki z terpentyną. Dostrzec też było można dwa drewniane podwyższenia o dwóch stopniach otaczające malarzy niczym podpórki na książki. Zapragnąłem nagle ruszyć w ich stronę, kopniakami poroztrącać narzędzia, a samych malarzy rozpędzić na cztery wiatry. Czyż mieli prawo pokryć te pociemniałe ściany lśniącą, świętokradczą bielą?
Zamiast tego podszedłem do jednego z robotników, którego poziom IQ wyrażałby się zapewne liczbą dwucyfrową, i uprzejmie zapytałem, czy on i jego tępy koleżka zastanowili się, co robią. Malarz popatrzył na mnie.
- A jak pan myślisz? Ja pokazuję Miss Ameryki pośliniony palec, a ten tam Chick robi na czerwono tyłek Betty Grable.
Miałem dosyć. Dosyć ich, dosyć wszystkiego. Chwyciłem mądralę pod pachę i nacisnąłem jeden ze szczególnie parszywych nerwów, które się tam znajdują. Malarz wrzasnął i upuścił pędzel. Biała farba polała się mu na buty. Jego kolega rzucił na mnie bojaźliwe, sarnie spojrzenie i cofnął się.
- Jeśli zamierzasz stąd zwiać, zanim z wami skończę - warknąłem - to tak głęboko wsadzę ci w dupsko rączkę od pędzla, że będziesz potrzebował bosaka, żeby dosięgnąć do jego włosia. Chcesz spróbować i zobaczyć, czy kłamię? Zamarł, stał bez ruchu na skraju rozłożonego na podłodze brezentu i strzelał oczyma, jakby szukał pomocy. Ale nikogo nie było. Spodziewałem się, że z drzwi mego biura wyjrzy Candy, żeby sprawdzić, co to za awantura wybuchła na korytarzu. Ale drzwi pozostawały zamknięte. Skupiłem uwagę na dowcipnisiu, któremu ciągle jeszcze trzymałem dłoń pod pachą.
- Pytanie chyba było jasne, koleś: co tu robicie? Odpowiesz mi, czy mam cię jeszcze podrajcować?
Znów wykonałem obrót palcami i znów malarz wrzasnął.
- Malujemy korytarz! Jezu, nie widzisz pan? Widziałem, a nawet gdybym był ślepy, tobym poczuł. Nie podobało mi się to, co mi oba odpowiedzialne za to zmysły mówiły. Korytarz nie powinien być malowany; a już na pewno nie taką lśniącą bielą. Powinien pozostać mroczny i ciemny, powinno w nim pachnieć kurzem i wspomnieniami. Cokolwiek zaczęło się od Demmicków, niezwyczajna cisza stawała się coraz gorsza. Byłem wściekły jak wszyscy diabli, zresztą ów nieszczęsny facet odczuł to na własnej skórze. Byłem również wystraszony, ale ktoś taki jak ja, ktoś, kto chcąc przeżyć, nosi w kaburze pod pachą kopyto, potrafi to dobrze skrywać.
- A kto was tutaj, patałachy, przysłał?
- Nasz szef - oświadczył malarz, spoglądając na mnie jak na człowieka niespełna rozumu. - Pracujemy w firmie Challis Gustom Painters na Van Nuys. Szef nazywa się Hap Corrigan. Jeśli chcesz pan wiedzieć, kto wynajął naszą firmę, powinieneś pan za...
- Właściciel - wtrącił cicho drugi malarz. - Właściciel tego budynku. Facet nazywa się Samuel Landry.
Pogrzebałem w pamięci, próbując połączyć imię i nazwisko Samuela Landry'ego z biurowcem Fulwider Building, ale nie udała mi się ta sztuka. Tak naprawdę Samuel Landry nie kojarzył mi się z niczym... mimo to owo imię i nazwisko dźwięczało mi pod czaszką niczym kościelny dzwon, jaki można usłyszeć z oddali w mglisty poranek.
- Kłamiesz - burknąłem, ale bez przekonania. Odezwałem się, żeby powiedzieć cokolwiek.
- Niech pan zadzwoni do szefa - poradził drugi malarz. Wygląd zewnętrzny często bywa mylący, ale ten facet najwyraźniej był bardziej rozgarnięty z tej dwójki. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni brudnego, pochlapanego farbą kombinezonu i wyjął niewielką wizytówkę.
Ogarnęło mnie nagłe znużenie i machnąłem tylko obojętnie ręką.
- Kto, na Boga, chciałby malować takie miejsce? Pytania wcale nie kierowałem do nich, ale malarz, który wyciągnął z zanadrza wizytówkę, odpowiedział.
- Cóż, będzie tu dużo jaśniej - odparł ostrożnie. -Sam musi pan to przyznać.
- Synu, czy twoja matka ma jakieś dzieciaki, które przeżyły, czy tylko wydala od czasu do czasu takie łożyska płodowe jak ty? - zapytałem.
- Zaraz, zaraz - powiedział, cofając się o krok. Powędrowałem za jego pełnym niepokoju spojrzeniem skierowanym na moje zaciśnięte pięści i siłą woli rozprostowałem palce. Nie wyglądało na to, żeby gest ten go uspokoił, ale wcale mu się nie dziwiłem. - Nie podoba się panu nasza robota... przychodzi pan tu i robi nam straszną awanturę. Ale ja z kolei robię to, co każe mi mój szef, prawda? W Ameryce wszyscy tak robią.
Zerknął na swego kolegę, a następnie znów przeniósł wzrok na mnie. Było to bardzo ukradkowe zerknięcie, ale w moim zawodzie zetknąłem się z nim już nieraz i dobrze wiedziałem, co ono oznacza: "Nie denerwuj tego typa - mówiło owo spojrzenie. - Nie sprzeciwiaj się, nie wykłócaj się z nim. To świrus!"
- Rozumie pan, mam żonę i małe dziecko, o których muszę dbać - ciągnął. - Wie pan. Wielki Kryzys.
Zmieszałem się. Zmieszanie ugasiło mój gniew, jak ulewa gasi niewielkie ognisko. Naprawdę nadchodził Wielki Kryzys? Naprawdę?
- Wiem - odparłem, nic już nie wiedząc. - Zapomnijmy o całej sprawie, dobra?
- Jasne - zgodzili się malarze tak skwapliwie, jakby stanowili połowę kwartetu wokalnego.
Ten, którego niewłaściwie oceniłem jako półgłówka, wsunął lewą dłoń pod prawą pachę i zaczął się masować, próbując ukoić ból. Mogłem mu powiedzieć, że czeka go jeszcze godzina takiego masowania, może i dłużej, ale nie chciało mi się otwierać ust. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać ani nikogo widzieć; nawet rozkosznej Candy Kane, której wilgotne jak u łani oczy oraz wspaniałe, tropikalne kształty sprawiały, że nawet zahartowanym, ulicznym awanturnikom miękły na jej widok kolana. Jedyną rzeczą, jakiej pragnąłem, to przejść przez sekretariat i zaszyć się w zaciszu mego gabinetu. W dolnej lewej szufladzie biurka miałem butelkę robb's rye; koniecznie musiałem wziąć tęgiego łyka.
Ruszyłem w stronę drzwi z matowym szkłem, na którym widniał napis: CLYDE UMNEY, PRYWATNY DETEKTYW. Znów naszła mnie ochota, żeby kopniakiem wyrzucić przez okno puszkę z farbą Dutch Boy Oyster White, a następnie czmychnąć wyjściem przeciwpożarowym. Sięgałem właśnie do gałki przy drzwiach, gdy przyszła mi do głowy pewna myśl. Odwróciłem się w stronę malarzy... ale powoli, tak żeby nie pomyśleli, że dostałem nowego napadu. Wiedziałem również, że gdybym odwrócił się zbyt szybko, dostrzegłbym szydercze spojrzenia robotników, którzy kręciliby palcami przy czołach - gest, który każdy zna aż za dobrze jeszcze ze szkolnych czasów.
Nie kręcili palcami, ale też nie spuszczali za mnie wzroku. Ten mniej rozgarnięty zmierzył wzrokiem odległość dzielącą go od drzwi opatrzonych napisem: SCHODY. Nagle naszła mnie ochota, żeby im wyjaśnić, że przy bliższym poznaniu wcale nie jestem takim wstrętnym typem. Tak naprawdę kilku klientów oraz co najmniej jedna z moich byłych żon uważali mnie za bohatera. Ale trudno o samym sobie opowiadać tego rodzaju historie; a już na pewno nie takim dwóm głupkom jak ci malarze.
- Spokojnie - powiedziałem. - Nie zamierzam was ugryźć. Chcę tylko zadać jedno pytanie. Trochę się rozluźnili. Ale tylko trochę.
- Pytaj pan - odezwał się Malarz Numer Dwa.
- Czy któryś z was grywał kiedykolwiek w totka w Tijuana?
- La loteria? - zapytał Numer Jeden.
- Twoja znajomość hiszpańskiego mnie zadziwia. Tak. La loteria. Numer Jeden potrząsnął głową.
- Meksykańskie totki i meksykańskie burdele z dziwkami na telefon są tylko dla naiwniaków.
- A jak myślisz, dlaczego pytam? Nic przecież nie powiedziałem.
- Poza tym - ciągnął - możesz pan tam wygrać dziesięć albo dwadzieścia tysięcy pesos. Też mi interes! I to ma być forsa? Pięćdziesiąt dolców? Osiemdziesiąt? "Moja mama wygrała na loterii w Tijuana - oświadczył Peoria, a ja już wtedy wiedziałem, że coś jest w tym nie w porządku. - Czterdzieści tysięcy dolców... Wczoraj po południu mój wujek Fred odebrał pieniądze. Przyniósł je do domu w skórzanej torbie przymocowanej do bagażnika jego Vinnie!"
- Tak - odrzekłem. - Tak samo i ja myślałem. Zawsze tak wypłacają? W pesos?
Znów popatrzył na mnie, jakbym miał nierówno pod sufitem, ale natychmiast przypomniał sobie, że tak dokładnie jest, i przybrał miły wyraz twarzy.
- Cóż, pewnie. Wie pan, to meksykańska loteria. Trudno byłoby im wypłacać w dolarach.
- Racja - mruknąłem i oczyma duszy ujrzałem kościstą, pełną entuzjazmu twarz Peorii.
W uszach ponownie zadźwięczały mi jego słowa: "Były rozrzucone po całym łóżku mojej mamy! Czterdzieści-choler-nych-tysięcy -dolców!''
Poza tym jak ślepy dzieciak mógł określić dokładnie sumę pieniędzy... a nawet to, czy to naprawdę pieniądze rozrzucone są na łóżku? Odpowiedź była prosta: nie mógł. Ale nawet ślepy gazeciarz powinien wiedzieć, że w la loteria wygrane wypłacane są w pesos, nie w dolarach, i nawet ślepy gazeciarz wiedziałby, że meksykańska sałata wartości czterdziestu tysięcy dolarów nie weszłaby do torby przytroczonej do bagażnika motocykla typu Yincent. Wujek Peorii potrzebowałby wywrotki z Los Angeles, żeby przewieźć taką kupę szmalu.
Chaos, chaos - nic, tylko czarne, skłębione tumany chaosu.
- Dzięki - powiedziałem i ruszyłem do biura. Podejrzewam, że cała nasza trójka odczuła ulgę.


Do góry    Wstecz