Wstecz

LATO W IDLE VALLEY
Roger L. Simon


Los Angeles było miastem, z którego ludzie chcieli się wyrwać, kiedy tylko było to możliwe. Ja też nie byłem wyjątkiem. Zazwyczaj kiedy potrzebowałem zaczerpnąć świeżego powietrza i zjeść placek z jabłkami, który nie smakował jakby był zsyntetyzowany w „Małym chemiku”, robiłem sobie wycieczkę w góry na kilka dni.
Tym razem jednak (może przywoływał mnie śpiew syren lub robak na dnie butelki mescalu) zdecydowałem się spędzić długi weekend w Ensenada, Baja California, w Meksyku. No, może nawet kilka długich weekendów. Byłem mniej więcej w połowie drogi, kiedy go zobaczyłem. Niski facet w ubrany w garnitur i muszkę, balansował niebezpiecznie na skale nad samym oceanem, tak jakby zastanawiał się czy skoczyć sześć stóp w dół czy nie. Wyglądał jak księgowy, który został przyłapany na oszustwach podatkowych. Fale załamywały się wokół skały i wyglądało, że ocean wkrótce podejmie decyzję za niego.
Zazwyczaj zachowuję się jak typowy arogancki sukinsyn, który przygląda się wszystkiemu z daleka z głupawym uśmieszkiem i satysfakcją, że dana sytuacja go nie dotyczy. W tym facecie było jednak coś, co kazało mi zatrzymać się i udzielić mu pomocy. Podbiegłem do niego i złapałem go za rękę w momencie, gdy wielka fala zamierzała zabrać go ze sobą w głębinę.
- Co pan robi? - zawołał z przemądrzałym angielskim akcentem, jak gdybym był szoferem, który wyrwał mu parasol i skakał po tylnym siedzeniu auta.
- Ratuję pańskie życie, idioto! - odciągnąłem go na wąski skrawek piasku oddzielający skałę od autostrady.
- A jeśli ja nie chcę być uratowany?
- W tej sprawie nie ma pan nic do gadania - odpowiedziałem. - W każdym razie, ma pan całą wieczność, aby być martwy. Po co ten pośpiech? Może wygra pan na loterii albo coś w tym rodzaju. W ten sposób nigdy się o tym pan nie przekona.
Blokowałem mu drogę do oceanu, podczas gdy on gapił się na mnie, słuchając moich kretyńskich argumentów bardziej uważnie niż były warte.
- W porządku, … ale nie ma pan pojęcia, co przeszedłem – odpowiedział w końcu. Chrząknął i poczłapał do swojego samochodu, niechętnie otwierając drzwi jak pięciolatek, któremu matka odmówiła kupna cukierków. Zatrzymał się i spojrzał na mnie.
- Powinienem chyba postawić panu drinka.
- Nie trzeba. Wybieram się do cudownego miejsca, gdzie alkohol można dostać za parę centów.
Uśmiechnął się. - Moje drinki też nie należą do najdroższych. Zapraszam, będzie pan zadowolony. Przyda się panu przerwa w podróży, zresztą … nie chcę spędzać reszty mojego życia na rozmyślaniu, że jestem coś winny facetowi, którego nawet nie znam.
Zgodziłem się. Uruchomiłem swój samochód i pojechałem za nim na południe wzdłuż wybrzeża. Miał nowiutkiego Buicka z białymi oponami, wartymi więcej niż cały mój wóz.
Wkrótce jechaliśmy już ulicami La Jolla, przedmieścia San Diego zaludnionego podstarzałymi uciekinierami z Southampton i Grosse Pointe, odcinającymi kupony na emeryturze w Kalifornii.
Budynki w centrum były czyściejszą wersją starego meksykańskiego miasta z czerwonymi dachówkami i małymi basenikami dla ptaków na dziedzińcach. Niedoszły samobójca skręcił w lewo i wjechaliśmy na parking eleganckiego hotelu o nazwie La Paloma, gdzie zaparkował pomiędzy Rollsem a błękitnym Eldorado. Jeśli rzeczywiście był księgowym, to musiał pracować dla Standard Oil albo dla mafii.
Zamówił dla nas wytrawne martini. Jeśli tak sobie wyobrażał tanie drinki, to wątpiłem czy kiedykolwiek ich spróbował.
- A właściwie skąd ten ponury nastrój? – zapytałem go, gdy już utonęliśmy w głębokich skórzanych fotelach w hotelowym barze.
- To nieważne - powiedział. - Nie cierpię ludzi, którzy użalają się nad sobą.
- Wydaje mi się, że tam na skale to było coś więcej niż użalanie się nad sobą.
Wzruszył ramionami. Pewnie chodziło o pieniądze albo o kobietę. Facet nie powiedział nic więcej, dopóki nie wypił jednym łykiem połowy przyniesionego przez kelnera martini.
- Temu cholernemu Brandt’owi po prostu się nie podobało.
- Nie podobało mu się co?
- Moja nowa książka. Powiedział, że jest zbyt sentymentalna. Nie w moim stylu.
- Więc jest pan pisarzem. - Byłem kompletnie zaskoczony. Ukłonił się dwornie.
- Kto to jest cholerny Brandt?
- Redaktor w wydawnictwie Hamish Hamilton.
- Wygląda, że nieźle pan wychodzi na tym pisaniu. – Rozejrzałem się wokół.
- Pracowałem trochę dla Hollywood - powiedział z pogardą. – Ale to książki pisze się dla potomności. Tylko wygląda, że ta potomność będzie omijać mnie z daleka.
- I to jest powód żeby targnąć się na życie?
- Nie wie pan, co to znaczy być pisarzem.
- Jakiego rodzaju książki pan pisze?
- To jest właśnie część problemu – piszę powieści kryminalne. Ludzie nie traktują ich poważnie. Właściwie ja też nie. – Wyjął fajkę i zaczął ja napełniać tytoniem w sposób, jaki widziałem na wojennych filmach.
- Nie uwierzy pan, ale jestem absolwentem jednej z najlepszych szkół w Wielkiej Brytanii. Co za marnotrawstwo ludzkiego potencjału. Mógłbym być Forsterem … albo malarzem jak Ford Maddox. Co za bagno! … A czym pan się zajmuje?
- Jestem prywatnym detektywem.
- Naprawdę? Co za zbieg okoliczności.
- To pan powiedział.
- Może nawet czytał pan jedną z moich książek?
- A jak się pan nazywa?
- Raymond Chandler.
- Nic mi to nie mówi. Ale proszę tego nie brać do siebie. Nie jestem miłośnikiem literatury. Dział sportowy, gazetka policyjna. Te rzeczy.
- Pana wygląd. - Spojrzał na mnie uważnie. – Jest w panu coś dziwnego. Jak gdybym spotykał pana gdzieś przedtem. Może dlatego, że przypomina pan …
- Pewnie Bogarta! – dokończyłem z pogardą. - Każdy mi to mówi, ale jestem co najmniej trzy cale wyższy od tego gnojka ze szczurzą mordką. Według mnie, jestem podobny raczej do Cary’ego Granta.
W tym momencie jakiś szaleniec w rogowych okularach rzucił się do naszego stolika. Przynajmniej on nie nosił muszki. Jego twarz była zaczerwieniona, sapał ciężko jakby po długim biegu.
- Dzięki Bogu, Ray jesteś tutaj! Szukałem cię wszędzie. Nie uwierzysz, co się stało. – Facet opadł na fotel naprzeciw nas. – Ktoś włamał się do mojej pracowni i ukradł moje akwarele.
- Wezwałeś policję? – spytał Chandler.
- Nie. Jedyną osobą, która miała klucz jest Roberto, mój służący. To Meksykanin i policja odeśle go przez granicę zanim zdąży wymówić swoje imię. Pomyślałem, że może ty potrafisz to załatwić, w końcu piszesz powieści kryminalne i w ogóle.
- Masz szczęście. Ten pan tutaj jest prawdziwym prywatnym detektywem. Mężczyzna spojrzał na mnie z nagłym zainteresowaniem. – Jestem Ted Geisel, a pan?
- Marlowe. Philip Marlowe. – Wyciągnąłem do niego rękę, a facet zaczął rżeć ze śmiechu jak gdyby to była najbardziej zabawna rzecz, jaką kiedykolwiek słyszał.
- Niezły dowcip, Ray – powiedział do Chandlera, który gapił się na mnie oszołomiony. - To ma być prawdziwy Marlowe, tak? Dobrze, muszę przyznać, że ma nawet odpowiedni kapelusz. To borsalino czy stetson?
- Stetson - odpowiedziałem. – Nie stać mnie na zagraniczne rzeczy.
- Mówi też jak Marlowe - powiedział Geisel, szczerząc zęby. Nie miałem pojęcia o co im chodzi.
- Myślałem, że nie czytał pan moich książek - przemówił Chandler spoglądając na mnie podejrzliwie. - Jeżeli chodzi o rolę w filmie, to może pan sobie darować, jestem tylko pisarzem.
- Więc, Marlowe - ciągnął Geisel – ile pan weźmie za rozwiązanie mojej sprawy? Ale ostrzegam, nie sądzę, aby były w nią zamieszane jakieś piękne blondynki.
Nie bawiłem się tak dobrze, jak on, ale podałem mu swoją normalną stawkę. Potem we trójkę opuściliśmy hotel i swoimi samochodami pojechaliśmy do pracowni Geisela.
Był to jeden z tych nowoczesnych budynków o metalowej konstrukcji i wielkich oknach, które mogły zadowolić wszystkich podglądaczy w sąsiedztwie. Tylko, że ten gość nie miał zbyt dużo sąsiadów. Miał za to widok jak ze szczytu góry na ocean aż do Hawajów. Widocznie zarabiał na malowaniu, co najmniej tyle ile Chandler na pisaniu książek.
Zaraz na początku coś mnie tknęło.
- Myślałem że nazywa się pan Geisel - powiedziałem, wskazując na rysunek zabawnego kurczaka z kwiatem wychodzącym z jego ucha. – To jest przecież ilustracja z książki Dr. Seuss’a. Rozpoznałbym to wszędzie.
- Seuss to mój pseudonim artystyczny - odpowiedział.
- Słyszał pan o nim? – spytał Chandler, gapiąc się na mnie zranionym spojrzeniem. – Myślałem, że nie lubi pan literatury. Przecież wszystko, co pisze Ted to czysta fikcja.
- Nie wiem jak to nazwać - powiedziałem - ale dzieci w mojej kamienicy … kochają „Kota w kapeluszu” bardziej niż rodziców. I jeszcze „Ulica morwowa”. Zasypiają przy tym i noszą ze sobą jak jakiś talizman. Nigdy nie mają dosyć.
Chandler skrzywił się i odwrócił plecami. Wydawał się zazdrosny, ale czy to moja wina, że opowieści Geisela były tak popularne, jak co najmniej „Matka Gęś”?
- Niech pan słucha, Ted, doktorze czy jakby pana nie nazwać - kontynuowałem. – Znajdę te akwarele, bo jestem to winny amerykańskim dzieciom. I nie wezmę za to zapłaty.
- Nie, nie ma o tym mowy – rzucił Geisel. - To drobiazg dla mnie. Właśnie dostałem nową propozycję od Random House. Proponują mi podpisanie kontraktu na całą dekadę.
Zobaczyłem jak Chandler ponownie krzywi się przy oknie.
- Jak pan uważa - powiedziałem. – Więc tylko pana służący Roberto posiadał klucz do pracowni?
- Tak, ale on ma dzisiaj wolne - odrzekł Geisel.
- Interesujące - odparłem, pocierając podbródek.
- Mam nadzieję, że panowie nie mają nic przeciwko - wtrącił Chandler - ale mam niedokończone sprawy do załatwienia. Żegnaj Ted. Nie przejmuj się. Zawsze byłeś dobrym przyjacielem. Miło było pana poznać, Marlowe. Wątpię abyśmy się jeszcze spotkali, więc … adieu. – Uścisnął energicznie moją rękę i szybko wyszedł.

Pięć sekund później usłyszałem silnik jego wozu, kiedy zawracał na podjeździe z ogłuszającym hałasem.
- Będzie chyba lepiej, jeśli odłożymy dochodzenie - odezwałem się do Geisela. – Jestem przekonany, że pana kolega zamierza popełnić samobójstwo.
Doktor był zszokowany. – Mówi pan poważnie?
- Kiedy się spotkaliśmy – mówiłem – był tylko o krok od rzucenia się ze skały sześć mil stąd koło Point Lomo.
- Och, nie. To dlatego mówił żebym się nie przejmował!
- Widzi pan, pan też mógłby pisać kryminały - powiedziałem.
Wprowadziłem go w szczegóły, kiedy jechaliśmy już samochodem za Chandlerem. Był setki metrów przed nami, gnając jakby jutro nie miało nigdy nadejść. Może rzeczywiście tak miało być.
- Więc Brandt’owi nie podobała się jego nowa powieść? - pytał Geisel. – Czy miał rację?
- Skąd mogę wiedzieć?
- Prawdopodobnie i tak, i nie. Ray zawsze stara się uczynić swoje książki czymś więcej niż kryminałami, ale i tak są świetne. Rozumie pan co mam na myśli? Nie mogłem potwierdzić, ale przyjąłem, że przynajmniej on wie o czym mówi. Był w końcu doktorem Seuss’em.
Chandler skręcił na Coast Highway, kierując się znowu w stronę nadbrzeżnych skał. Zatrzymałem się. Nie chciałem aby nas zobaczył, zdenerwował się i wjechał na pierwszy z brzegu słup telefoniczny.
- Jedno, czego nie mogę zrozumieć u was, pisarzy - powiedziałem – to tego, że wszystko odbieracie tak osobiście.
- A pan nie bierze tego osobiście, kiedy nie może znaleźć poszukiwanego człowieka?
- Nigdy - powiedziałem. - To tylko robota.
- Jest pan więc szczęściarzem - mówił Geisel – sądzę, że Ray chciałby być na pana miejscu.
- I porzucić swój dom w La Jolla z dwiema sypialniami?
Ale musiałem przyznać, że czułem mdłości na myśl, że Chandlerowi coś się może stać. Powinienem chyba trzymać gębę na kłódkę na temat sukcesów Geisela.
Chandler wyraźnie kierował się do miejsca zwanego Diabelskim Zakrętem. Postanowiłem pozbyć się doktora z mojego samochodu.
- Co pan robi?! - zawołał kiedy przechyliłem się i otworzyłem drzwi z jego strony.
- Nie chcę mieć dwóch martwych pisarzy na sumieniu - powiedziałem, wypychając go na chodnik. – I proszę się nie martwić o swoje akwarele. Były w tym śmiesznym pudle z francuską etykietą, prawda? Geisel skinął głową ze zdziwieniem, wysiadając z samochodu.
- Są na stoliku w salonie - rzuciłem zamykając drzwi.
Ruszyłem z miejsca i skierowałem się ku Diabelskiemu Zakrętowi.

Dogoniłem Chandlera w momencie, gdy miał zamiar wjechać Buickiem prosto do Pacyfiku. Zajechałem mu drogę swoim Fordem, modląc się, aby nie zechciał zabrać mnie ze sobą z wizytą do Neptuna. Zatrzymał się sześć stóp od moich drzwi. Wyciągnąłem go zza kierownicy i przydusiłem do ziemi. Siedziałem mu na plecach przyciskając kolanami.
- Słuchaj, głupi Angolu, nie jestem twoją matką. Jadę na wakacje do Ensenada i nie mogę bez przerwy powstrzymywać pana od samobójstwa. - Nic nie odpowiadał. - I niech pan nie będzie tak zazdrosny o Geisela. On pisze książki dla dzieci.
Chandler wyglądał na zawstydzonego.
- Jeszcze jedno. Nie lubię czytać powieści kryminalnych, ale mnóstwo ludzi to uwielbia, więc proszę przestać się użalać nad sobą i wracać do pracy. Może ten Brandt uważa, że jest pan trochę leniwy i powinien pan książkę tylko przeredagować, czy jak tam to nazywacie.
- To się tak łatwo mówi - odezwał się wreszcie Chandler, ale jakby bez przekonania.
Wstałem i pomogłem mu się podnieść. Potem pojechałem za nim ostatni raz, prosto do jego domu i dopilnowałem, aby zasiadł przed maszyną do pisania. Okazało się, że facet był żonaty z kobietą starszą od niego o 16 lat i do tego wariował na jej punkcie! Nie miałem zamiaru okazywać mu współczucia, więc tylko zapytałem:
- Jaki jest tytuł powieści nad którą pan pracuje?
- Lato w Idle Valley - odpowiedział.
Zmarszczyłem brwi.
- Nie podoba się panu?
- Niezbyt porywające - stwierdziłem.
- A jak pan by to nazwał? - zapytał.
- Nie wiem. Nie jestem pisarzem, ale … może „Długie pożegnanie”?
I wyszedłem.


KONIEC



Wielu ludzi uważa, że najbardziej zdradzieckim demonem w pisarzu życie jest alkohol, ale dla mnie zawsze była to zazdrość. Długi czas zbierałem się, aby potraktować ten temat humorystycznie. Jest zbyt ponury, aby brać go na poważnie. Kiedy więc wydawnictwo Byron Preiss zaproponowało mi abym napisał kolejne opowiadanie o Philipie Marlowe do ich zbioru, pomyślałem o późnym okresie życia Chandlera w La Jolla, kiedy to naprawdę był kumplem od butelki Teda Geisela (Dr. Seuss’a). Nie wiem czy Chandler rzeczywiście był zazdrosny o młodszego pisarza, ale mogło tak być. Geisel był uważany wtedy za jednego z najsławniejszych pisarzy dziecięcych stulecia. O takiej sławie Chandler mógł tylko pomarzyć. Czy byłby to wystarczający powód do odebrania sobie życia? – Możemy tylko przypuszczać.

Roger L . Simon


Do góry    Wstecz