Wstecz

Tom Hiney; Raymond Chandler - biografia
Tłumaczenie: Zbigniew Gieniewski

Recenzja Macieja Świerkockiego

Od śmierci Raymonda Chandlera do wydania w Polsce jego biografii minęło ponad czterdzieści lat, co, po pierwsze, świadczyć może o kontynuacji trwającego już długą dekadę "boomu" biografistycznego w Stanach Zjednoczonych i innych krajach zachodnich, po drugie, o niesłabnącym nie tylko u nas, zainteresowaniu literaturą twórcy Philipa Marlowe'a, po trzecie zaś o powolności, z jaką przysłowiowo sprawiedliwe młyny boże mielą losy i spuściznę pisarską autora, dla którego za życia krytyka na ogół nie była zbyt łaskawa.
Lektura biografii Chandlera skłania zresztą do wielu przywoływanych ‘ad hoc’ spostrzeżeń i porównań, niekoniecznie uczenie odkrywczych, ale przynajmniej w anegdotycznym aspekcie znamiennych. Przy wszystkich oczywistych przeciwieństwach, nasuwa się na przykład ciekawa analogia żywotów Chandlera i Philipa K. Dicka - obaj wywodzili się z rodzin o angloirlandzkich korzeniach, na długie lata związali się z Kalifornią, zaczynali karierę od opowiadań, publikowanych w mniej lub bardziej tandetnych pismach spod znaku pulp fiction, pierwsze znaczące pieniądze zarobili dzięki kontaktom z hollywoodzkim przemysłem filmowym, obaj zostali w pełni docenieni najpierw poza Ameryką, a dopiero potem zrehabilitowani w ojczyźnie, tkwili bowiem w pisarskich gettach fantastyki naukowej i powieści detektywistycznej, obaj odnowili i nobilitowali uprawiane przez siebie gatunki literackie; obaj wreszcie żyli w sidłach uzależnień (Dick od narkotyków i leków, Chandler od alkoholu), które ostatecznie okazały się co najmniej pośrednimi przyczynami przedwczesnych zgonów obu pisarzy.
Przeprowadziwszy wnikliwą analizę dialektyczną, jakiś marksista dopatrzyłby się może w tej niepełnej, oczywiście, liście podobieństw "określonych" historycznych prawidłowości, ale w dzisiejszych czasach Foucaulta i Derridy pierwszoplanową rolę odgrywają różnice, powiedzmy więc bez ogródek, że mimo wszelkich życiowych czy teoretycznych analogii, jakie można by snuć wokół Chandlera i całej rzeszy współczesnych mu pisarzy z Dickiem albo Dashielem Hammettem na czele, autor Wielkiego snu jawi się pod piórem swego biografa, Toma Hineya, jako postać nietuzinkowa, wybitnie inteligentna i skomplikowana wewnętrznie, choć w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z hagiografią. Z dziennikarskiego czy też literackiego punktu widzenia Raymond Chandler to rzetelna, faktograficzna robota, która nie usiłuje udawać ani powieści biograficznej, ani literatury faktu, zrodzonej pod sztandarami Nowego Dziennikarstwa, toteż nawet niechętny Chandlerowi czytelnik nie poczuje się nabity w jego ulubioną butelkę (whisky!), obcować bowiem będzie z bohaterem biografii i jego światem, nie zaś z osobą autora, którego egocentryczny cień niepokojąco często przesłania tytułowe postaci rozmaitych książek, artystowskich w istocie, biograficznych zaś jedynie z nazwy. Wprawdzie Hiney darzy ‘swojego’ Chandlera niekłamaną sympatią i jest biografem życzliwym, ale w niczym nie oszczędza pisarza i nie przemilcza faktów dla niego niewygodnych czy stawiających go w niezbyt korzystnym świetle - przeciwnie, zmierza konsekwentnie w stronę solidnego dokumentalizmu, starając się skutecznie zachować nie tyle skompromitowany już ponoć obiektywizm, ile dystans, dzielący go od bohatera. Mimo ograniczenia do minimum elementów narracyjnych, dokonuje montażu obszernego materiału dokumentalnego sprawnie i nie bez literackiego wdzięku: aż chciałoby się wierzyć, że będącego dalekim echem pisarskiej metody Chandlera.
Hiney raz tylko wyłamuje się zdecydowanie z chwalebnej zasady nieingerencji autorskiej, czyni to jednak dopiero w Epilogu, gdy staje w obronie Chandlera, jego dorobku oraz samego Philipa Marlowe'a, atakowanych z pozycji politycznej poprawności przez nowych ‘jajogłowych’, którym ideologia przesłania przedmiot napaści i mąci trzeźwość sądów. Oskarżenia, wysuwane pod adresem autora Siostrzyczki, są pozornie miażdżące - i on, i jego bynajmniej nie święty detektyw to rzekomo mizogini i rasiści, i z tej to, między innymi, przyczyny należałoby usunąć ich z literackiego Panteonu. Hiney trafnie i rzeczowo odpiera te zarzuty, wykazując ich absurdalność na konkretnym gruncie twórczości pisarza, spór dotyczy bowiem jego wypowiedzi literackich, nie zaś postawy życiowej. Marlowe w literaturze niewątpliwie nie był więc kalifornijskim faszystą, ale w życiu Chandler był bez wątpienia alkoholowym mizantropem. W życiu - streszczonym na czterystu stronicach tekstu. Kim bowiem był naprawdę Raymond Chandler? Wrażliwym pisarzem, obdarzonym zjadliwym, typowo irlandzkim poczuciem humoru, bezdzietnym samotnikiem, który przeszło trzydzieści lat przeżył z ukochaną żoną, opiekował się nią troskliwie w długoletniej, ciężkiej chorobie i usiłował po jej śmierci odebrać sobie życie - czy też przeciwnie, aroganckim, gruboskórnym egoistą, który sprytnie wykorzystywał swój nieprzeciętny talent i prowokował bezczelnością otoczenie, pozując na bezkompromisowego twardziela? ‘Jakkolwiek ponure było jego życie, Chandler starał się nigdy nie zwątpić w możliwość szczęścia ani nie stracić zdolności postrzegania świata jako komedii ludzkiej, gdyby mu się tego szczęścia nie udało znaleźć’ - podsumowuje biograf. Tak czy inaczej szkoda, że w 1959 roku w klinice w La Jolla Chandlerowi film urwał się po raz ostatni. Nie tylko amerykańska literatura wiele mu zawdzięcza.

Do góry    Wstecz