home   chandler   marlowe   chandleryzmy   inspiracje  
pulp fiction   księga gości

 


Głeboki sen
(tłum. Mieczysław Derbień)

Śledzenie go nie było trudnym zadaniem. Nosił marynarkę skrojoną z materiału przypominającego końską derkę o krzyczących kolorach, z ramionami tak szerokimi, że wystająca z nich szyja wyglądała jak łodyga selera, do której przymocowano chwiejącą się w takt kroków głowę.


Siostrzyczka
(tłum. Piotr Kamiński)

- Czy pan pije, panie Marlowe?
- No, skoro już pani o tym wspomniała...
- Nie sądzę, żebym mogła zatrudnić detektywa używającego alkoholu pod jakąkolwiek postacią. Nie pochwalam nawet palenia papierosów.
- A mogę sobie obrać pomarańczkę?



- Czy nie będzie pan notował?
Mruknąłem że nie.
- Myślałam, że detektywi zawsze zapisują wszystko w małych notesikach.
- Ja tu jestem od dowcipów - powiedziałem.


Wyciągnąłem rękę i zerwałem jej okulary. Cofnęła się o pół kroku, prawie się potknęła, a ja instynktownie ją złapałem. Oczy jej się rozszerzyły, położyła mi ręce na piersi i odepchnęła. Znałem pewnego kotka, co pchał mocniej.


Stała w taki sposób, że musiałem odepchnąć jej architekturę , żeby się przedostać przez drzwi. Pachniała tak, jak Taj Mahal wygląda w blasku księżyca.


Podeszła do drzwi i otworzyła.
- Płyń, barko moja. Przebieraj nóżkami, ale już.
- Przyszedłem tu w interesie, panno Weld.
- Tak. Wyobrażam sobie. No już. Nie znam pana. Nie chce pana znać. A gdybym chciała, to nie dziś i nie teraz.
- Nigdy miejsce, godzina i kochanek razem ... powiedziałem.
- A to co znowu? Próbowała wyrzucić mnie za drzwi czubkiem brody, ale nawet ona nie była na to dostatecznie dobra.
- Browning. Poeta, a nie automat. Jestem pewien, że woli pani automat.


- Dlaczego pan nie pyta , czy z nim śpię?
- Nie zadaję tego rodzaju pytań.
Roześmiała się i strząsnęła popiół z papierosa.
- Panna Gonzales z rozkoszą by panu odpowiedziała.
- Do diabła z panną Gonzales.
- Jest czarnowłosa, ładna, namiętna. Bardzo, bardzo miła.
- I przebiera w klientach jak skrzynka pocztowa - powiedziałem.



To niebywałe, co Hollywood jest w stanie zrobić z byle kim. Z pospolitej flądry, która powinna prasować koszule mężowi szoferakowi, robi promienną gwiazdę ekranu, a z przerośniętego gówniarza, który nadaje się najwyżej na kelnera, robi supermena z błyskiem w oku i jasnym uśmiechem, aż cuchnącym od seksu. Z kelnerki z Teksasu, inteligentnej i wykształconej jak postacie z komiksów, czyni międzynarodową kurtyzanę, sześciokrotnie zamężną z milionerami, tak zblazowaną i zepsutą, że szukając nowych wrażeń uwiedzie w końcu tragarza w przpoconej podkoszulce.


Christy French odwrócił powoli głowę i ziewnął.
- Skąd wy z Bay City jesteście tacy twardzi? - spytał.
- Peklujecie sobie jaja w słonej wodzie czy co?


- W Bay City - rzekł Maglashan - moglibyśmy cię za to zamordować.
- W Bay City moglibyście mnie zamordować za kolor krawata - powiedziałem.


- Dasz mi papierosa?
...
Zaciagnęła się powoli, zamrugała, po czym poprawiła sobie papierosa. Po tylu latach wciąż jeszcze nie potrafię włożyć dziewczynie papierosa do ust tak, żeby była zadowolona.


- Pan Endicott czeka w swoim biurze - powiedziała. - Wie pan którędy?
- Pracowałem tam kiedyś. Ale nie dla niego. Wylali mnie.
Posłała mi to swoje 'administracyjne' spojrzenie. Głos, który mógłby się dobywać z każdego miejsca na świecie, tylko nie z jej ust, powiedział:
- W pysk go mokrą rękawiczką.
Podszedłem do niej i spojrzałem na pomarańczowe włosy. Odrosty były już porządnie siwe.
- Kto to powiedział?
- Ściana - odrzekła. - Ta ściana gada. To głosy umarłych, co przeszli przez nią po drodze do piekła.


Playback
(tłum. Leszek Stafiej)


- Słuchaj przyjacielu wynajęto cię do roboty. Będzie lepiej, jeśli ją wykonasz, i to wykonasz jak trzeba. W tym mieście Clyde Umney to gruba ryba.
- Po co komu ryba, kochanie. Ja pijam pod piwo.


Wytrząsnąłem papierosa z pudełka i próbowałem podnieść kciukiem zamknięcie swojej kowbojskiej zapalniczki Zippo, naciskając jednocześnie kółko. Powinno się to robić jedną ręką. Jest to wykonalne ale dość kłopotliwe. Udało mi się w końcu i przypaliłem papierosa, ziewnąłem i wypuściłem dym nosem.
- A co pan robi na bis? - zapytała.


Wyszedł do mnie z prawym prostym, bardzo szybkim i dobrze wyprowadzonym. Zrobiłem szybki unik, zachowując spokój i rozwagę. Ale to nie prawym zarabiał na życie. Był leworęczny. (...)
- Dobra - powiedziałem ochrypłym głosem. - Nie dam się zastrzelić za pięćdziesiąt dolarów dziennie. To kosztuje siedemdziesiąt pięć.


- Przyjacielu! Bez żartów. Łatwo się denerwuję.
- Doskonale. Popatrzmy, jak się pan denerwuje. Co pan wtedy robi? Gryzie wąsy?
- Przecież widzisz, że nie mam wąsów, frajerze!
- Mógłby pan sobie zapuścić. Ja poczekam.


Na parkiecie kilka par rzucało się w szaleńczym zapomnieniu, przywodząc mi na myśl nocnego stróża cierpiącego na artretyzm.


Potem odchyliła się do tyłu i posłała mi miażdżące spojrzenie.
- Mam przyjaciół, którzy mogliby cię tak przykroić, że musiałbyś wchodzić na drabinę, żeby włożyć buty.
- Ktoś musiał się bardzo napracować nad tym tekstem - powiedziałem. - Ale ciężka praca nie zastąpi talentu.


- No, to może ja wpadnę do pana, dobrze?
- To byłoby cholernie uprzejme z pani strony (...)
- W takim razie może około pół do siódmej. Włożę odpowiednie pończochy.
- Nie śmiałem prosić.
Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Wyszedłem pośpiesznie.


Gdzieś wyczytałem, że tajniak zawsze powinien mieć samochód zwyczajny, nie rzucający się w oczy, na który nikt nie zwróci uwagi. Ten, który to napisał, nie był chyba nigdy w Los Angeles. Żeby się nie rzucać w oczy w Los Angeles, trzeba by jeździć różowym Mercedesem z tarasem na dachu, na którym opalałyby się trzy piękne dziewczyny.


- Mocno powiedziane - zadrwił. - Ale radziłem już sobie z większymi cwaniakami od ciebie.
- Wymień chociaż dwóch.


- Dziękuję - powiedział kelner. Czy ten pan to rzeczywiście pański bliski przyjaciel?
- Nasza przyjaźń jest bezinteresowna - wyjaśniłem.
- Może jest biedny - zauważył kelner tolerancyjnie. - Jedną z właściwości tego miasta jest to, że ludzi, którzy w nim pracują, nie stać na to, żeby w nim mieszkać.


- Czy Mitchell mógłby szantażować kobietę?
Zachichotał.
- On mógłby szantażować nawet niemowlę w kołysce.


- Skąd u takiego bezwzględnego faceta tyle delikatności? - spytała z namysłem.
- Gdybym nie był bezwzględny, to już dawno bym nie żył. Gdybym nie potrafił być delikatny, nie zasługiwałbym na to, żeby żyć.



Żegnaj, laleczko
(tłum. Ewa Życieńska)


Nawet na Central Avenue, na której tłum nie jest szary, wyglądał mniej więcej tak dyskretnie jak na przykład tarantula na biszkoptowym cieście.


Zapaliłem Camela, wydmuchnąłem dym przez nos i spojrzałem na kawałek czarnego, lśniącego metalu na postumencie. Przedstawiał on pełną, gładką wypukłość z wydrążeniem w środku i dwiema naroślami od zewnątrz. Wlepiłem wzrok w rzeźbę. Mariott to zauważył.
- Interesująca rzecz - wyjaśnił niedbale. - Znalazłem ją właśnie przed paroma dniami. To "Duch poranka" Asty Dial.
- Myślałem, że to "Dwa pryszcze na dupie" Klopsteina - powiedziałem.


Przed sobą miałem bar i znowu rzucały mną dreszcze. Wydało mi się jednak, że mądrzej zrobię jeżeli wejdę na posterunek policji w Zachodnim Los Angeles tak, jak to zrobiłem dwadzieścia minut później: trzeźwy jak niemowlę i zielony na twarzy jak nowy banknot dolarowy.


- Jak się to objawia, kiedy pan wpada w prawdziwie gadatliwy nastrój ... kiwa pan palcem w bucie?


Była to fotografia blondynki. Blondynki, na widok której biskup zdolny by był wybić dziurę w witrażu.


Zapach bijący z kawiarni był tak mocny, że można by na nim postawić garaż.


- Miał coś na panią?
- Czy powinnam panu mówić?
- Prawdopodobnie nie byłoby to rozsądne
Roześmiała się.
- A jednak powiem. Kiedyś u niego w domu za dużo wypiłam i straciłam przytomność. Rzadko mi się to zdarza. Wtedy zrobił mi parę zdjęć ... z sukienką zadartą po szyję.
- Plugawa świnia - powiedziałem. - Czy ma pani któreś z nich pod ręką?


- Czekałam. Przypuszczam, że nie powinnam się była wtrącać. Co też pan o niej sądzi?
- Założę się, że łatwo gubi majtki.


Indianin śmierdział...
Miał na sobie brązowe ubranie, którego marynarka była za wąska w ramionach, a spodnie prawdopodobnie cisnęły go trochę pod pachami. Nosił kapelusz co najmniej dwa numery za mały i przepocony na wylot przez kogoś, na czyją głowę pasował lepiej. Kapelusz ten sterczał mu mniej więcej tam, gdzie na dachu sterczy chorągiewka wskazująca kierunek wiatru. Kołnierzyk otulał jego szyję jak chomąto i był w przybliżeniu takiego samego brudnobrunatnego koloru. Wypuszczony na wierzch zapiętej marynarki zwieszał mu się szary krawat, zawiązany przy pomocy obcęgów w węzeł wielkości groszku. Na nagiej, potężnej szyi, nad brudnym kołnierzykiem nosił szeroką czarną aksamitkę, niczym staruszka dla podtrzymania zwiędłej skóry.
Miał wielką płaską twarz i sterczący mięsisty nos, ostry jak dziób krążownika. Jego oczy nie miały powiek, miał obwisłe policzki, bary kowala, a krótkie i najwidoczniej krzywe nogi szympansa. Potem się przekonałem, że były tylko krótkie.
Gdyby go trochę umyć i ubrać w białą nocną koszulę, wyglądałby jak bardzo zepsuty rzymski senator.
...
- He - odezwał się. - Iść szybko. Iść już.
- Iść dokąd? - zapytałem.
- He. Jestem Drugi Zasiew. Hollywoodzki Indianin.
- Niech pan siada, panie Zasiew.
Parsknął i nozdrza mu się rozszerzyły. I bez tego każde z nich było wielkości wlotu do mysiej dziury.
- Nazywam się Drugi Zasiew. Nie żaden pan Zasiew.
- Czym mogę panu służyć?
Podniósł głos i zaintonował głębokim grzmiącym basem.
- Powiedział przyjść szybko. Wielki biały ojciec mówi przyjść szybko. Mówi, żebym cię przywiózł ognistym wozem. Mówi ...
- Dobra, dobra. Zostaw tę łacinę - przerwałem mu. - Nie jestem instruktorką tańca wężów.
- Wariat - powiedział Indianin.
...
- Nie mieć cały dzień - zauważył Indianin tonem rozmowy.
- Mieć wóz - powiedział. Duży wóz.
- Nie podobają mi się już duże wozy - powiedziałem. - Mam swój.
- Jechać mój wóz - oświadczył z groźbą w głosie.
- Jechać twój wóz - zgodziłem się.

Nie spuszczał ze mnie wzroku, podczas gdy jego lewa ręka zaczęła wędrować w stronę pistoletu. Członek Towarzystwa Wędrujących Rąk. Dziewczęta miałyby się z nim z pyszna.


- Kto mnie tu wsadził, dlaczego i jakim sposobem? Jestem dziś nieobliczalny. Chcę szaleć i gryźć. Słyszę zew upiorów. Już tydzień, jak nikogo nie zabiłem. Śpiewaj doktorku. Brząknij w starożytną lutnię i niech popłynie ton pieśni.


W świetle lampy na ganku jej twarz nagle pobladła.
- Boże! - wykrzyknęła. - Wygląda pan jak ojciec Hamleta!


- Mówiłem panu, żeby się pan nie zajmował tą sprawą.
- Nie jest pan Panem Bogiem. Nie jest pan nawet Jezusem Chrystusem.


- Spojrzałem na nazwisko tego, który pisał raport i okazało się, że go znam. To Nulty. Wiedziałem już, że sprawa upadła. Nulty to już taki człowiek ... no, był pan kiedy na Crestline?
- Taak.
- No. Więc tam niedaleko jest osiedle domków zrobionych z wagonów towarowych. Zwieźli je tam na ciężarówkach, niech mi pan wierzy albo nie, i stoją teraz bez kół. Otóż Nulty to facet, który by sie świetnie nadawał na hamulcowego w tych wagonach.



Kłopoty to moja specjalność
(tłum. Michał Ronikier)

Anna Halsey była w średnim wieku, miała nalaną twarz, jakieś 120 kilogramów wagi i czarną, kosztowną suknię. Jej czarne oczy błyszczały jak guziki od kamaszy; policzki, miękkie jak sadło, miały mniej więcej tę samą co ono barwę. Siedziała za czarnym biurkiem podobnym do grobowca Napoleona, paląc papierosa w czarnej cygarniczce, niewiele krótszej od zwiniętego parasola.
...
- Oczywiście, możesz narazić się na pewne kłopoty - powiedziała Anna.
- Kłopoty to moja specjalność - powiedziałem. - Dwadzieścia pięć dziennie i dwieście pięćdziesiąt, jeżeli załatwię sprawę.


Whisky była łagodna i gładko przechodziła przez gardło, nie drażniąc przełyku tak jak niektóre inne alkohole, jakie zdarzyło mi się pić. Łyknąłem jeszcze odrobinę. Głowa przestała mnie już boleć. Czułem się znakomicie. Mógłbym odśpiewać arię z "Pajaców".


Czy sprzątnąłeś kogoś dziś wieczorem?
- Muszę sprawdzić w swoim notesie.
Sebold pochylił się ku mnie uprzejmie.
- Czy nie miałbyś ochoty dostać w mordę? - zapytał.


- Nigdy nie miałem czterdziestki piątki - powiedziałem. - Facet, który potrzebuje aż takiego kalibru, powinien raczej posługiwać się dzidą.


- Ręce do góry, przyjacielu! - rozległ się twardy głos, w którym nie było śladu angielskiego akcentu.
Lokaj, ten sam bardzo angielski lokaj, stał w drzwiach z zaciśniętymi ustami i z rewolwerem w ręku. Dziewczyna niedbałym ruchem przechyliła nieco przegub i postrzeliła go w ramię czy też może gdzie indziej. Zakwiczał jak zarzynana świnia.
- Odejdź, przeszkadzasz nam w rozmowie - powiedziała chłodno.
...
- Idź zadzwonić po policję, aniele - powiedziałem. - Ja ich trochę popilnuję.
- Dobrze - odparła wstając. - Ale muszę stwierdzić, że trzeba panu strasznie dużo pomagać przy wykonywaniu pańskiego zawodu prywatnego detektywa, panie Marlowe.

cdn.

Do góry


home   chandler   marlowe   chandleryzmy   inspiracje  
pulp fiction   księga gości